ROK W OBRAZIE (ALBO: CHWYTAJ CHWILĘ)

Szachy uliczne na placu zabaw w CH Sterze, 6.08.2018.

W połowie czerwca byłam na konferencji w Koszalinie; sama konferencja to zupełnie inna historia, tu natomiast istotna jest podróż – ta pierwsza, ze Szczecina. Jechałam samochodem ze znajomą i jej znajomymi; w czasie jazdy opowiadaliśmy sobie różne rzeczy i nagle owa znajoma powiedziała: robię teraz taki prywatny autorski projekt, codziennie robię jakieś zdjęcie, niekoniecznie zdjęcie mnie, i za rok zobaczę, co mi z tego wyszło.

Pomysł bardzo mi się spodobał – tak bardzo, że część konferencji spędziłam na wymyślaniu nazwy i kategorii dla własnej jego wersji. Tak powstał „Rok w obrazie” – pełna uznania inspiracja lub wstrętny plagiat, jak kto woli. Mnie się po prostu podoba sama idea.

Jedno zdjęcie na jeden dzień – jako kwintesencja tego dnia, ważne wydarzenie, coś pięknego, znaczącego lub po prostu... przypadkowego. Jedno zdjęcie, które w jakiś sposób opowiada dany dzień. Jak każde zdjęcie, jak każda opowieść – jest fragmentaryczne, niepełne, stanowi selekcję i interpretację informacji; ale ta selekcja i interpretacja są moją selekcją i moją interpretacją, moim subiektywnym oglądem mojego czasu.

Jednocześnie to przypomnienie, żeby patrzeć, przyglądać się i zauważać; szczególnie by zauważać drobiazgi, rzeczy ulotne albo o bardzo osobistym wydźwięku (po części dlatego projekt rozpoczyna się zdjęciem mojego psa – i to nawet nie ujęciem całego psiska, tylko zbliżeniem pyszczka Bosmana, gdy nie widać imponującej owczarkowej postury, jedynie zaspany wzrok i błyszczący czarny nos).

Jedno zdjęcie – bo nadmiar sprawia, że nie widzi się tego, co się fotografuje, widzi się tylko samo fotografowanie. To mnie czasem uderza podczas zwiedzania różnych miejsc: ludzie pchają się z komórkami, robią serie zdjęć, niby się zachwycają, ale w gruncie rzeczy zdaje się, że nie czują klimatu fotografowanego miejsca czy obiektu, nie dają mu się uwieść – są zbyt zajęci wypatrywaniem kolejnego punktu do sfotografowania, by za chwilę wrzucić to na fejsa z oznaczeniem siebie i rozkoszować się myślą o skręcających się z zazdrości znajomych.

Lot powrotny z Turynu, chmury i góry pode mną (i pod skrzydłami), 30.06.2028.

(Może dlatego mam tak mało zdjęć z miejsc, w których bywam. Patrzenie na te miejsca jest o wiele bardziej zachwycające i zapadające w pamięć niż uwiecznianie ich w dziesiątkach kadrów. Pies jest wyjątkiem – psu robię zdjęcia setkami. Ale to nie przeszkadza mi doskonale go widzieć.

Nie krytykuję też fotografowania jako hobby – sama niedawno dałam się w to wciągnąć i przyznaję, że zabawa jest niesamowita, a do tego wymagająca. Jednak inaczej to wygląda, gdy jedzie się gdzieś z nastawieniem „będę robić zdjęcia”, a inaczej, gdy przy okazji zwiedzania czegoś cyka się bezmyślnie szereg fotek, „żeby było”. W ogóle nakaz „rób zdjęcia na wyjeździe”, rzucany czy to przez rodzinę, czy to przez znajomych, bardzo mnie męczy, tak samo jak oczekiwanie, że przywiozę ze sobą całą stertę fot, najlepiej selfie, na których obok zabytków i krajobrazów będzie wszędzie doklejona moja facjata.

Poza tym nie lubię się fotografować; pewnie gdybym wyglądała jak modelka, lubiłabym, ale ponieważ na żywo wyglądam jak człowiek, a zdjęciach nieraz jak kartofel – nie lubię i uważam, że o wiele lepiej jest uwiecznić pomnik, budynek, drzewo czy chmury bez wzbogacania ich o mnie. A fotografowanie każdego miejsca, które odwiedzam, odbieram jako przykry obowiązek dzisiejszej kultury „dokumentowania się” i jeśli tylko nie mam ochoty, to się z niego nie wywiązuję).

Wracając do projektu, spodobała mi się w nim jeszcze jedna rzecz – jego prywatny charakter, oderwany od wszelkiego rodzaju naukowości, fachowości, profesjonalności, merytorycznych założeń i konieczności spełnienia jakichkolwiek wymogów treściowych, estetycznych czy ekonomicznych. Nie umiem robić zdjęć dobrych, profesjonalnych (ani półprofesjonalnych, ani nawet przyzwoicie amatorskich, tego ostatniego dopiero się uczę). Lubię robić zdjęcia błahostkom, rzeczom interesującym tylko dla mnie, przypadkowo napotkanym sytuacjom. Nie zamierzam na tych zdjęciach zarabiać, zyskiwać fejmu ani sprawiać komukolwiek przyjemności. Projekt jest dla mnie. Jego upubliczniony charakter (wrzuty na Instagram) wynikają po części z tego, że na Instagramie zdjęcia są przynajmniej uporządkowane i w każdej chwili mogę je obejrzeć w jakimś chronologicznym układzie, po części z tego, że Instagram jako taki lubię (choć ostatnio mi podpadł) i mam ochotę ożywić własne konto, a po części z tego, że jako zwierzę blogosferowe zwyczajnie czuję chęć podzielenia się czymś, co nikogo poza mną nie interesuje (skoro inni wrzucają zdjęcia dzieci i posiłków, ja wrzucam zdjęcia psa i książek, a co!).

Pakowanie się przed wylotem i wybór książek na podróż, 25.06.2018.

„Rok w obrazie” żyje na Instagramie już od dziewięciu tygodni, jutro zacznie dziesiąty. Co z niego wyjdzie – czas pokaże. Za rok. Jestem ciekawa, jak będzie wyglądał mój roczny album i jakie zrobi na mnie wrażenie.

fot. własne, z Instagrama

CONVERSATION

6 komentarze:

  1. A ja uwielbiam robić zdjęcia... może nie zawsze są doskonałe ale lubię to! Później obróbka... No lubię i już ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się lubi, to inna sprawa. Ale jak się robi, "bo wszyscy" lub z musu, to gorzej...
      Ja się powoli uczę robienia dobrych zdjęć. Całkiem wciągająca sprawa. Tylko obróbka to dla mnie wciąż czarna magia...

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Te szachy są wspaniałe i aż się prosiły o zdjęcie.

      Usuń
  3. Nie rozumiem tego aby robić coś z musu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja teoretycznie też nie. W praktyce do szału doprowadzają mnie pytania, czemu nie narobiłam masy zdjęć podczas wyjazdu. Tak jakby zdjęcia były ważniejsze od mojego oglądania i przeżywania.

      Usuń

Back
to top