PRAWO DO BYCIA SYZYFEM (JEST DOBRE)


Jeśli ciągle myślę (i czasem mówię, choć od dłuższego czasu poza siecią, głównie w rozmowach z samą sobą) o czterech ćwiartkach i o potrzebie, konieczności równowagi między pierwszą i drugą, czyli sprawami ważnymi i pilnymi oraz ważnymi i niepilnymi (oraz o ograniczaniu trzeciej – nieważne, lecz pilne – i kopaniu w zadek czwartej, czyli nieważnych i niepilnych), to nie dlatego, że mam całą tę kwestię tak doskonale przemyślaną, opanowaną i wprowadzoną w życie, tylko właśnie odwrotnie – dlatego, że wciąż o niej myślę,  cały czas mam problemy z jej opanowaniem i nadal pracuję nad wprowadzeniem jej w życie. Albo raczej: nad wprowadzaniem, nieustannym wprowadzaniem. Bo to nie tak, że raz sobie postanowisz, raz zrobisz i załatwione, po sprawie. To nie plomba, którą wsadza się do zęba i z głowy. Zresztą w przypadku plomby w zębach potrzebne są dalsze wizyty u dentysty, by pilnować stanu zęba zaplombowanego i dbać o zęby pozostałe. Z ćwiartkami tak samo – nie da się zrobić raz a dobrze, trzeba cały czas z tym pracować, o to dbać, wokół tego działać. Jasne, z upływem czasu jest łatwiej, pewne rzeczy wchodzą w nawyk, na początku zawsze jest najtrudniej. Nie zmienia to jednak faktu, że zyskanie równowagi w życiu, zbudowanie współdziałania różnych sfer życia w jednym życiu jednego człowieka i utrzymanie harmonii wybranych przestrzeni wymaga – najzwyczajniej w świecie – pracy. I otwarcia się na swoistą syzyfową pracę – bo to nie zyskanie, lecz uzyskiwanie, nie zbudowanie, lecz budowanie, nie utrzymanie, lecz utrzymywanie, to ciągły aspekt niedokonany, który się nigdy nie dokona ostatecznie, lecz będzie wymagał nieustannej aktualizacji. Mieć życie wypełnione równowagą, zadbanie o ćwiartki, troszczenie się o te życiowe przestrzenie, które są najważniejsze dla mnie (nie dla lub według innych) – tak, to jest syzyfowa praca, bo ten kamień „satysfakcjonujące życie” spada wiele, wiele razy, spychany przez cudze oczekiwania, własne obawy, sytuacje wymykające się spod kontroli etc. Ale to syzyfowa praca z możliwym happy endem – pod warunkiem, że uwolnisz się od myśli „wreszcie wtoczę kamień na górę tak na dobre i on tam zostanie na zawsze, bez konieczności podtrzymywania, pilnowania, dopychania znowu i znowu”; pod warunkiem, że pogodzisz się z faktem, że kamień będzie spadał ciągle i ciągle, może nie zupełnie na sam dół góry, ale tu się zsunie, tam się przesunie, gdzieś trochę spadnie, a gdzie indziej utknie i pójdziesz po jakieś narzędzie, by uwolnić swoją nieszczęsną skałę.

To chyba właśnie kwintesencja całej sprawy, o której wciąż zbyt rzadko się mówi głośno: nie załatwisz sobie wymarzonego życia na dobre, na zawsze i na bez przeszkód jednym kursem, jedną decyzją, jedną mapą myśli czy jednym skutecznym działaniem. Nie załatwisz nawet dwoma, dziesięcioma czy stoma. Nie – jeśli uznasz, że po którymś razie powinien nastąpić koniec, spoczywamy na laurach i już tylko podziwiamy, jak nam się pięknie życie układa. Nie, jeśli nie pogodzisz się z tym, że zawsze będą wpadki, gorsze chwile, kroki w tył, konieczność naprawiania, a niekiedy nawet rozpoczynania całego procesu od nowa.


Dopiero od paru lat uczę się godzić z tą świadomością. Jeszcze krótszy staż ma moje przyznawanie się do tego głośno przed samą sobą. A najmłodszym etapem jest dla mnie wybaczanie samej sobie tych momentów, kiedy mój kamień znów się zsunął – czy z trasy pod górę, czy z wierzchołka samej góry – i zastąpienie werbalnych autokarań (dobra w tym byłam… nadal jestem) werbalnym poklepaniem się po ramieniu i powiedzeniem sobie: trudno, bywa, też jestem tylko człowiekiem. Też mogę puścić kamień. I też mogę od nowa wpychać go pod górę.

Takim zsuwającym się kamieniem jest ten blog – który lubię, na którym mi zależy i któremu w obecnym roku wiele razy pozwoliłam smętnie siedzieć w drugiej ćwiartce (ważne – ale przecież niepilne). Takim obsuwającym się kamieniem jest wiele spraw – i ważnych, i pilnych, i niepilnych, i nieważnych, ale zwyczajnie przyjemnych, też. I wiecie co? Chyba po raz pierwszy w życiu zamiast obiecywać samej sobie, że teraz to już regularnie, idealnie, pod linijkę i tip-top, bo skoro w tej chwili się udało, to już do końca życia będzie, a przynajmniej musi – chyba po raz pierwszy w życiu jestem gotowa powiedzieć samej sobie (i to na głos, tak że inni też mogą usłyszeć): na pewno wiele razy jeszcze ten kamień puszczę, ten blog zaniedbam, różnym sprawom pozwolę być raz wyżej, raz niżej, raz lepiej, raz gorzej. I chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę mi to nie przeszkadza. Jasne, chcę więcej, lepiej, bardziej, częściej, intensywniej – ale jeśli akurat nie wyjdzie, to co się stanie? Może będzie mi przykro. Może coś stracę. Może będę zła, na siebie lub kogoś. Może będę musiała ponieść jakieś konsekwencje, mniej lub bardziej przykre. Tylko że mimo tego wszystkiego – moje życie będzie się toczyło dalej. A na to, jak się będzie toczyło dalej, większy wpływ będzie miało to, co zrobię w przyszłości niż to, czego nie zrobiłam w przeszłości.

Teraz więc – pal diabli, ile miesięcy temu ukazał się poprzedni post. I pal diabli, za ile miesięcy ukaże się kolejny. Chciałabym, żeby pojawił się niebawem – ale jeśli tak się nie stanie, zamiast pełnych pretensji myśli chciałabym sobie zaoferować proste: trudno, w takim razie trochę później niż niebawem. Wtaczamy pod górę jeszcze raz, w końcu po to jest ten kamień, żeby się z nim ciągle zmagać. I może na tym właśnie polega największa przygoda i – paradoksalnie – największa radość, że ciągle się trzeba zmagać i nie ma nic na stałe, na dobre, na amen.

Powiedzmy, że to taka moja pourodzinowa mądrość, po tygodniu życia z trzydziestym trzecim rokiem na karku. Zobaczymy, na ile wystarczy – ale jeśli dotrwa nawet tylko do trzydziestych czwartych urodzin, i tak będzie dobrze.

fot. Pixabay

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Back
to top