DOMOWE KONMARI, CZYLI JAK W SPRZĄTANIU ODKRYŁAM MAGIĘ


Ja i porządek to taka love-hate relationship. Lubię porządek, naprawdę lubię. Jednocześnie jednak lubię skrajności (więc albo totalny chaos, albo błyskawiczne sprzątanie i wszystko ułożone pod linijkę... tyle że nie na długo), często odkładam różne rzeczy byle gdzie, z myślą „później to ogarnę”, są dni, kiedy nie mam siły, ochoty albo możliwości sprzątać, a poza tym... cierpię na brzydki nawyk chomikowania. Chomikowanie zresztą dotyczy wielu ludzi i jest chyba dość naturalnym odruchem – zatrzymujemy coś „na wszelki wypadek”, bo jeśli nie teraz, to może przyda się za rok, dwa lata, trzy, pięć(dziesiąt). Efekt – w mieszkaniu tłoczyły mi się różne rzeczy, na wszystko było za mało miejsca, sama chwilami nie wiedziałam, co mam (zwłaszcza w przypadku ubrań), a sprzątanie stanowiło wielki zestaw działań, które wkrótce po zakończeniu i tak uginały się przed nowym atakiem barbarzyńcy, czyli bajzlu.

W gruncie rzeczy jestem chyba dość typowym przykładem osoby, która lubi porządek, ale często się zmaga z bałaganem (przez samą siebie wprowadzanym).

O „Magii sprzątania” czytałam jakiś czas temu, ale wówczas był na tę książkę mały boom, a ja mam złe doświadczenia z książkowymi boomami (boom na Coelho – tandeta; boom na „Harry’ego Pottera” – nieciekawe i nużące; boom na „Zmierzch” – o matko; boom na „50 twarzy Greya” – o matko i córko, jak mawiała moja licealna koleżanka, to już „Zmierzch” był przy tym kawałkiem literatury). Poza tym sama koncepcja książki, która pomoże posprzątać mieszkanie, wydała mi się śmieszna. No cóż, minęło parę lat, przeczytałam... i zwracam honor.

Możliwe, że moja coraz większa namiętność do książek o samorozwoju – dobrych książek, nie płytkich pseudopsychologicznych bełkotów w stylu „ona z Wenus, on z Marsa, kredyt z Jowisza, stworzycie wspaniałą galaktykę” – trochę mnie otworzyła i zachęciła do sięgnięcia po tę pozycję; możliwe, że wyostrzył mi się węch i wyczułam dobry materiał. Możliwe też, że było to po prostu przypadek – chciałam sprawdzić, kupiłam, przeczytałam. I porwało mnie już od pierwszej strony.


Zastanawiam się, co jest najbardziej niezwykłe w książkach KonMari, czyli Marie Kondo, japońskiej specjalistki od sprzątania. To, że widzi porządek jako naturalną część naszego życia? To, że wskazuje sposoby praktycznego i naturalnego porządkowania przestrzeni? (Żadnych harców z testem białej rękawiczki ani podobnych wydumanych perfekcjonizmów rodem z telewizji śniadaniowej). To, że nie ładuje porządkowania do żadnej kategorii z serii „kobiece, męskie, dorosłe, dziecinne, białe, czarne, w ciapki”? Wszystkie te elementy na pewno mają znaczenie, ale dla mnie najistotniejsze jest co innego – KonMari potrafi pisać o sprzątaniu jak o najciekawszej życiowej przygodzie. Ba, nie tylko potrafi tak to opisać – potrafi to też uzasadnić, uargumentować. Potrafi przekonać, że posprzątanie własnej przestrzeni to ważny, pomocny i istotny krok w kierunku uporządkowania całego swojego życia. (Wiem, różne popularne poradniki i czasopisma „dla pań” też tak mówią. Ale one, w przeciwieństwie do Kondo, nie potrafią przekonywać).

W „Magii sprzątania” urzekło mnie (i kazało przemyśleć własny stosunek do porządków) zdanie: porządek do rzecz do zrobienia raz na zawsze. Sprzątniesz raz według podanych zasad – i więcej sprzątać nie musisz. Owszem, musisz czyścić (myć, odkurzać, wycierać), bo brudzenie się przestrzeni jest naturalnym i ciągłym stanem. Natomiast nie będziesz już musiała sprzątać, czyli od nowa i od nowa ustawiać rzeczy.

Łał. Serio, łał. Nadal trochę mi ciężko uwierzyć w porządek, który, raz zrobiony, już taki pozostanie, ale jestem gotowa sprawdzić.

Na dzień dobry KonMari ustawia poprzeczkę dość wysoko: przed posprzątaniem każe... powyrzucać. Czyli nie „Poukładam wszystko, a co się nie zmieści, to wyrzucę... o, to się nie mieści... ale może jednak jakoś to upchnę między tamto i tamto?”, tylko „To zostawiam. To wyrzucam. Teraz to won do kosza, a to zostało, no to jak to porozkładać, by miało ręce i nogi?”. Wyrzucanie łączy się ze „sprawdzianem radości”. Zasada jest prosta: jeśli coś sprawia Ci radość, zostawiasz to (poza rzeczami, które mają być użyteczne, a nie radujące, jak dokumenty bankowe, środki czystości, leki).

Napisałam, że zasada jest prosta? Ups, przepraszam. Ona jest koszmarnie trudna. I jednocześnie prosta. To taka wariacka kolejka górska: najpierw wydaje się prosta, no bo to przecież banał, wywalić rzeczy, których się nie chce, no nie? Potem okazuje się trudna, bo usuwanie zbędnych rzeczy wcale tak prosto i bezboleśnie nie przychodzi – ujawniają się wszystkie wpojone nam od dzieciństwa przekonania, własne życiowe doświadczenia, mniej lub bardziej uświadamiane społeczne oczekiwania i zwykłe przyzwyczajenie do status quo. Potem, gdy już je przełamiemy, wyrzucanie staje się łatwe... aż do chwili, gdy trafimy na jakiś newralgiczny element i usuwanie rzeczy znów zamieni się w wyprawę na Mount Everest (bez sprzętu). I tak na zmianę. Ostateczne przekonanie „to jednak jest całkiem proste” pojawia się po wyrzuceniu ostatniej rzeczy (ale gdy przyjrzymy się usuniętej stercie, przeżyjemy chwilę pełnego przerażenia niedowierzania: „Ja naprawdę to wszystko wywaliłam?”. Tu jeszcze może dojść opóźnione poczucie winy i wahanie „A może jednak zabrać to z powrotem do szafy, szuflad czy kartonów?”. Jeśli się tej panice oprzemy – wygramy).


Test radości naprawdę wymaga poćwiczenia, bo inaczej nie da się go oderwać od różnorakich „powinnam”, „nie powinnam”, „co by inni powiedzieli”. Miałam tak z ubraniami: poczucie winy, gdy na kupkę „wrzucić do kontenerów na używane rzeczy” odkładałam cokolwiek, co dostałam od kogoś. Znacie to wrażenie? Ciuch A, kupiłam go sama, za swoje pieniądze, nie chcę go – OK, oddam innym. Ciuch B, dostałam go od koleżanki, sąsiadki czy znajomych (nie w prezencie, tylko na zasadzie „na mnie nie pasuje, może ty skorzystasz”), nie chcę go – ale ojej, przecież nie wyrzucę, przecież ktoś mi to dał i będę niewdzięczna, to nie w porządku i w ogóle nieładnie, to po co brałam, paskudnie się zachowam, jeśli się tego pozbędę. Brzmi znajomo?

Z poczuciem winy „jak mogę oddawać ciuch, który ktoś mi dał” uporałam się dopiero wtedy, gdy zapytałam samą siebie: czy naprawdę chcę pozwolić, aby inni dyktowali mi, jak się mam ubierać? (Nie ze złej woli, tylko z dobrych chęci, co chyba właśnie utrudniało całą sprawę. Złej woli łatwo się postawić, buntować się przeciwko dobrym chęciom – jakoś tak niezręcznie...) Czy chcę chodzić – choćby po domu – w rzeczach, które mi się nie podobają, w których się źle czuję i w których nie podobam się samej sobie, bo ktoś mi je dał? No nie, nie chcę. Więc w czym problem? Tym bardziej że ktoś je oddał, bo mu z jakiegoś powodu nie pasowały – więc ja też mam prawo je oddać, skoro mnie nie pasują. Nie wyrzucam do śmieci, wrzucę do kontenera, może ktoś inny skorzysta. A ja nie będę patrzeć z niechęcią na bluzkę, spodnie czy sweter, które założyłam może raz na trzy lata i które tylko leżą bezczynnie na półce.

Gdy się o tym czyta lub pisze, sprawa wydaje się prosta, ale uwierzcie, w praktyce wcale taka nie jest. Najlepszy dowód, że porządki w szafie zrobiłam kilka dni temu po raz drugi (tym razem już rzeczywiście ostateczny), bo za pierwszym pewnych rzeczy się nie pozbyłam właśnie z poczucia winy.

Podobnie jest z inną ciuchową kwestią – z ubraniami „po domu”. Dość powszechny domowy zwyczaj nakazuje, by po domu nie nosić ubrań, w których się chodzi do pracy – i to jest w porządku, nie chciałabym w moim ślicznym, świeżo kupionym swetrze z Gatty myć naczyń, czyścić świnkowi klatki albo nawet leżeć na kanapie i się lenić, nie czułabym się swobodnie, o obawie przed wybrudzeniem się nie mówiąc. Gorzej, gdy ten sam domowy zwyczaj nakazuje za wszelką cenę donaszać po domu rzeczy, które już się nie nadają do noszenia poza domem. Efekt: bardzo dużo ciuchów „do donoszenia” zalega w szafie, bo „są za dobre, by je wyrzucić”. Nie donosi się wszystkich. Niekoniecznie chce się donosić wszystkie. Przecież dobry stan ubrania nie oznacza, że muszę je nosić! Skoro go nie lubię, źle się w nim czuję – to czy naprawdę nie będzie bardziej w porządku w stosunku do mnie samej (a przy okazji do kogoś innego, kto może na tym skorzysta), jeśli to ubranie oddam?


Przy pierwszym podejściu pozbyłam się dwóch wielkich worków ubrań. Przy kolejnym worek był mniejszy, ale też całkiem okazały. W szafie zrobiło się tyle miejsca, że niektóre półki stoją częściowo niezagospodarowane. Prawda jest jednak taka, że wcale nie mam mniej ubrań – mam mniej rzeczy zapychających szafę, ubrań natomiast (czyli rzeczy, które rzeczywiście noszę) mam mniej więcej tyle samo. Może nawet odrobinę więcej, bo po pozbyciu się zasłaniaczy zobaczyłam wyraźnie, czego mi brakuje, co musi pójść na emeryturę (na przykład ogromnie lubiana turkusowa tunika, która do pracy już się jednak nie nadaje, ale po domu chętnie jeszcze w niej pochodzę) i co czeka na założenie. Gdy teraz otwieram szafę, widzę ciuchy, w których chodzę (częściej albo rzadziej – w końcu parę kreacji tylko na specjalne okazje też się przydaje) i nie czuję irytacji. Ogarnęłam własną szafę i zyskałam nad nią kontrolę. To naprawdę przyjemna myśl.

Ubrania według KonMari są pierwszą kategorią do posprzątania, bo dość łatwą technicznie i najłatwiejszą do przećwiczenia testu radości. Po ubraniach czas na książki. O, tutaj były przejścia... ale o tym innym razem.

Autorka stwierdza, że jej metoda jest komplementarna i nie ma tu czego dostosowywać pod poszczególne osoby, ale to nie do końca prawda (i w gruncie rzeczy Kondo pozostawia pewien, całkiem spory, margines wolności). Myślę zresztą, że każdy jakoś dostosuje jej wskazówki do siebie. Mnie na przykład zupełnie nie przekonywał zalecany sposób składania ubrań w taki sposób, aby stały pionowo, i układania ich właśnie tak w szafie. Nie, przepraszam, dla mnie bluzki, swetry, spodnie piżamy powinny leżeć. Darowałam więc sobie walkę z materiałem według Kondo i ułożyłam ciuchy po swojemu. Jednak metoda „stojących prostokątów” okazała się pasować do ręczników i ścierek. Teraz moje ręczniki, złożone w kilkoro, tak by dawały długi, wąski prostokąt, stoją ładnie jeden za drugim w szafie.

Metoda sprzątania KonMari przekonała mnie do siebie już w teorii, a teraz – z każdym dniem sprzątani, które jeszcze trwa – przekonuje coraz bardziej. Wprawdzie nie miałam możliwości wykonać „festiwalu sprzątania” zgodnie z zaleceniami, czyli w ciągu kilku dni w całym domu, zwyczajnie nie wyrobiłabym się z tym czasowo; ale wbrew zastrzeżeniom autorki jej sposoby sprawdzają się również wtedy, gdy się je trochę rozciągnie w czasie. To jeden z bardzo inspirujących obecnie elementów wieczoru: posprzątanie jakiejś kategorii przedmiotów (bo tak właśnie Kondo zaleca sprzątać: nie miejscami – łazienka, sypialnia, kuchnia etc. – tylko kategoriami: ubrania, książki, dokumenty, akcesoria kuchenne, osobiste drobiazg etc.). Rzeczywiście, to ma sens: po pierwsze, widzę, ile mam rzeczy w danej kategorii, po drugie, widzę, jak niektóre są porozkładane po całym domu (wówczas łatwiej jest wybrać jedno wspólne dla nich miejsce); po trzecie, łatwiej tak robić sprawdzian radości.

Sprawdzian radości, jak wspominałam, bywa trudny (dopiero co zaliczyłam ten test przy butach i naprawdę serce mi się krajało, gdy musiałam sama przed sobą przyznać, że śliczne czerwone buty letnie wcale mi radości nie sprawiają, bo są tak kiepsko zrobione, że koszmarnie się wpijają w palce. Co tłumaczy, czemu w ciągu dwóch lat od zakupu założyłam je ze trzy razy i wcale nie mam ochoty zakładać ponownie. Trzymać je tylko po to, by je trzymać, a przy okazji mieć poczucie winy, że wydałam pieniądze na kiepskie buty i że ich nie noszę? Bez sensu). Sprawdzian radości jest jednak prawdziwym wyzwoleniem i chyba najważniejszym elementem tworzącym całą koncepcję KonMari. Natłok zbędnych rzeczy przygniata nie tylko przestrzeń, lecz również umysł, obciąża zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Pozbywanie się tego, co niepotrzebne, daje poczucie wyzwolenia. Choćby dlatego – dla poczucia wyzwolenia, uwalniania się od balastu – warto przeczytać „Magię sprzątania” i posprzątać z KonMari u boku.

Jestem ciekawa, co mi wyjdzie i jak się poczuję, gdy już skończę wszystkie porządki...

zdjęcia: stąd, stąd, stąd i stąd

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Back
to top